Strona główna > Dla rodziców > Smok Gustaw - część 2
start pauza brama

Smok Gustaw - część 2

Autor: Wiktor Trzecina
Czyta Wiktor Trzecina

Dawno, dawno temu, w mieście, które znajdowało się za górami i lasami, w odosobnionym, spokojnym miejscu, po raz pierwszy od wielu lat pojawiła się woda. Woda życia. Woda, dzięki której kwiaty, zboża i zioła zaczęły rosnąć. Fosa płynęła wokół domów, osłaniając całe miasto, a wodospad znów szumiał radośnie. Wśród mieszkańców miasta słychać było radosne śpiewy. Śpiewali oni swojemu nowemu obrońcy, Smokowi Gustawowi we własnej osobie. On to przybył z dalekiego kraju, by pomóc mieszkańcom miasta. Choć nie wyglądał jak reszta jego rodziny, choć się wyróżniał, nie przejmował się drwinami i pogardą innych. Zamienił ich brzydkie słowa na słowa uznania 

 i radości. Jednym dobrym uczynkiem zdobył sympatię wszystkich mieszkańców. Tego dnia słońce wzbiło się wysoko w niebo, a chmury gromadziły się nad górami na północy. Ludzie rzucili się w wir codziennych obowiązków, podśpiewując przy pracy, co robili niezwykle rzadko. Wtedy Pan Miasta wziął ze sobą kilku uzbrojonych obrońców, Smoka Gustawa i razem ruszyli na szczyt wzgórza, które osłaniało wioskę od południa. Była tam bowiem grota, która od lat była domem dla każdego ze smoków z rodziny Gustawa.

 

 Z zewnątrz była porośnięta mchem i delikatną trawą, wejście do niej było zasypane przez gruzy i kamienie, aby nikt nie okradł tej groty. Ze wzgórza rozciągał się przepiękny widok na dolinę, w której mieściło się miasto oraz na góry mroczne, stojące w oddali. Zawiał lekki wietrzyk. Pan stanął przed wejściem i machnął ręką. Podano mu grubą, skórzaną księgę, która zawierała wszystkie zaklęcia i czary stworzone przez jego lud. Były tam zaklęcia przeróżne, od takich na dobry uśmiech aż po takie na dobrze rosnące marchewki. Pan przez krótki czas szukał odpowiedniego czaru, a kiedy go znalazł krzyknął:

- Bramo kamienna! Ujawnij nam swój strzeżony sekret!

Kamienie pospadały na ziemię, odsłaniając ogromną, przytulną grotę.

- Wejdź smoku - zaprosił Pan z uśmiechem. - Oto twój nowy dom. Rozgość się i przebywaj w nim jak długo zechcesz. Ale pamiętaj! Zawsze zamykaj za sobą wejście do niej, kiedy wychodzisz na zewnątrz. Jeżeli bowiem tego nie zrobisz, złe rzeczy mogą stać się miastu.

Gustaw pokiwał głową ze zrozumieniem i powoli wszedł do groty, która zdawała się większa niż na zewnątrz. Było tam miejsce na ognisko, miejsce do spania oraz sklepienie z przezroczystych kryształów górskich, które wpuszczają do groty wiele światła słonecznego. Smok był szczęśliwy. Zawsze marzył o takiej grocie. Wziął pana na rękę i uścisnął go z wdzięczności. Od tego dnia Gustaw i ludzie z miasta zostali przyjaciółmi. Smok miłym był zwierzęciem, choć kły i szpony miał ostre. Nigdy nikomu nie przeszkadzał, tak jak mieszkańcy miasta. Żył własnym życiem, czasami wyprawiał się za góry, polować na dzikie kozy. Albo nad morze, by zapolować na dzikie ryby. Częściej jednak pomagał mieszkańcom miasta, szczególnie wtedy, kiedy następowała pora sucha, a następowała ona niezwykle często. Poza tym, wyprawiał się na łowienie ryb z rybakami oraz pomagał podróżnikom opisywać nowe mapy. Leciał dalej na południe niż sięgało wzgórze długo leciał nad wodami morza i widział malutkie wysepki, na których ludzie również żyli własnym życiem. Jednak nigdy nie zbliżył się do mrocznych gór, osłaniających miasto od północy. Nawet rodzice Gustawa mówili o tajemniczym złu, które kryje się za mgłą, gdzieś pomiędzy wysokimi szczytami. Kiedy wracał z wypraw wszystko dokładnie opisywał podróżnikom. Dzięki niemu ludzie poznali nieznane dotychczas krainy. Najlepszym dla Gustawa czasem była jednak zima. Zawsze, kiedy spadał pierwszy śnieg, odwiedzała go jego rodzina. Szczególnie kuzyni z południowych pól. Mieszkańcy, kiedy widzieli takie zamieszanie przy grocie mieli nadzieję, że kiedyś przybędzie do nich i Albert. Bardzo chcieli go zobaczyć po latach rozstania. Z czasem zaczęli mówić między sobą, że Gustaw nie mówi im wszystkiego o swoich krewnych. Gustaw natomiast nie przejmował się tym co gadali ludzie. Pamiętał o słowach, jakie kiedyś rzekł mu Pan: “To jest ludzka natura, ludzie zawsze będą gadać. Nie należy się tym przejmować”. Żył po swojemu. Grotę uczynił swoim domem i żył w nim jak w raju. Był bardzo szczęśliwy. Im dłużej jednak przebywał z mieszkańcami, przeczuwał, że mógłby bardziej pomagać miastu, a szczególnie jego rycerzom. Najkrótsza susza powoli się kończyła, a Gustaw zaczął myśleć, co będzie dalej, jak będzie mógł pomagać mieszkańcom. Czy to co robił dotychczas okaże się wystarczające? Czy będą od niego więcej wymagać? Pewnego razu, chmury zgromadziły się nad miastem. Zbliżała się pora deszczowa. Gustaw uznał, że to idealna pora na kąpiel. Wyszedł na zewnątrz, aby się umyć. Przed wyjściem zapomniał jednak zamknąć wejście do groty. Deszcz zaczął opadać na ziemię. Gustaw rozprostował skrzydła, otworzył pysk i umył się cały bardzo, bardzo dokładnie. Wtedy usłyszał głośny szum w jaskini. Na początku pomyślał, że to wiatr szumi przez kryształy. Nie miał pojęcia i nie spodziewał się zupełnie co za chwilę się wydarzy. Woda, która nagromadziła się w grocie, zaczęła spływać w dół zbocza, ku miastu. Pewien człowiek, który wracał z pola do domu, również usłyszał szum. Odwrócił głowę w stronę, skąd ten szum dochodził. Zobaczył Gustawa przed wejściem do groty i ogromną falę wody, wypływającą ze zbocza. Człowiek przestraszony, rzucił wszystko i pobiegł w stronę rynku. Na środku miasta wznosiła się tak zwana dzwonnica. Był to najwyższy budynek, gdzie mieścił się dzwon alarmujący o niebezpieczeństwie. Umieszczony był on tak, aby każdy mieszkaniec miał do niego taki sam dystans. Deszcz zaczął padać mocniej. Na niebie zajaśniały błyskawice. Człowiek wbiegł szybko po drewnianych schodach i spomiędzy strug gęstego deszczu udało mu się chwycić za linę od dzwona. Przestraszony uderzył trzy razy w dzwon. Ludzie wiedzieli co to znaczy i szybko wbiegli na wyższe piętra swoich domów. Gustaw dopiero teraz zobaczył co się dzieje. Próbował zatamować strumienie wody swoimi łapami, ale te nie były w stanie zatrzymać pędzącej w dół wody. Gustaw jednak nie poddał się tak łatwo. Poleciał do miasta i strumieniem wody ze swojej paszczy próbował powstrzymać ten strumień spływający do miasta. Ściana wody osłoniła wprawdzie miasto, ale fala była za silna. Oba strumienie uczyniły z pól bagna i podtopiły wszystkie domy. Gustaw zasmucił się wielce, wiedział, że to z jego winy miasto zostało zalane. Wolał się nie pokazywać. Poleciał do swojej groty i tam się ukrył. Kiedy ulewa ustała, a ludzie zaczęli wspólnie sprzątać to pobojowisko, Pan miasta przyszedł do smoka. Ten siedział zwinięty w kłębek, z zasłoniętymi oczami, na swoim łożu.

- Cóżeś ty uczynił?!- zapytał go Pan z wyrzutem.

- Ja... chciałem tylko pomóc...

- Dzisiaj pomogłeś już dosyć - odburknął Pan. - Taki smok jak ty przynosi nam jedynie straty. Nie ma z ciebie pożytku.

- Ale... ja chciałem pomóc wam. Wam wszystkim.

- W jeden wieczór zniszczyłeś wszystko to, co budowaliśmy z twoimi przodkami przez tyle lat - rzekł ostro Pan. - Z pól i domostw pozostała ruina. Już rozumiem, dlaczego ludzie pragnęli powrotu Alberta. Mówili mi o tym.

- Wciąż mogę pomagać rycerzom - zaczął z nadzieją w głosie, wychodząc z groty. - Tak! Tak! Pomogę rycerzom przy odbudowie miasta...

- Nie będziesz już w niczym nam pomagał - powiedział Pan. - Do następnego ranka opuścisz naszą krainę. Na zawsze.

Smok smutny, łeb opuścił, chlipnął i do jamy wrócił.

- A ty mówiłeś, że to dobrze, że jestem inny - dodał z chlipnięciem. - Mówiłeś, że dam ludziom coś innego! Coś nowego! Mówiłeś, że mogę wam pomóc. Pomogłem wam z suszą, z wodospadem. Pomagałem rolnikom, rybakom i podróżnikom... A ty... chcesz mnie wygnać?  Jak gdyby nic w ogóle się nie wydarzyło?

- To były moje ostatnie słowa - rzekł Pan odwracając się na pięcie.

- Jak to kiedyś mi powiedziałeś?... Ludzka natura? Ludzie zawsze będą gadać... .

Pan milczał i nie odezwał się ani słowem. Ruszył z obrońcami w dół zbocza do miasta. Był nieugięty, choć w głębi duszy odczuwał, że może potraktował Gustawa zbyt surowo. Tymczasem cień tajemniczy na północnych górach poruszył się i skrył przed światłem zachodzącego słońca. Po zachodzie słońca, Gustaw pakował co najpotrzebniejsze, wciąż pociągał nosem, smutny, że musi odejść. Nie chciał się przecież nikomu narzucać. Chciał być dla ludzi dobrym przyjacielem. I zdawało mu się, że takim był. Nieważne, ile błędów popełnił. On sam liczył, że ludzie zapamiętają jedynie dobre rzeczy.

- Ludzie pamiętają jedynie, chlip, same błędy. Nic więcej - zakończył swoje przemyślenia Gustaw.

Księżyc wzbił się wysoko nad taflę morza. Trawa ładnie pachniała świeżością, a chmury deszczowe przykryły północne góry. Gustaw wystawił wszystkie walizki. Usiadł na krawędzi lądu. Zastanawiał się tylko dokąd polecieć. Przecież jeżeli wróci do krainy wodospadów, już nigdy nie zwiedzi żadnego innego miejsca na świecie. Już miał odlatywać z pustką w głowie, kiedy nagle słyszy krzyk! To ludzie z miasta wrzeszczą! Smok otarł łzy, obrócił łeb i spojrzał na prawo. Miasto płonęło. Pole zamieniło się w spopielone pustkowie. Po bujnej trawie nie pozostało wspomnienie. Cień, który był w górach, unosił się nad domami, a ludzie uciekali z miasta przerażeni. Byli kompletnie bezbronni. Nie mieli dokąd uciec. Gustaw nie myśląc wiele, skoczył w górę i poleciał nad miasto. Kiedy ludzie biegali w strachu jak po omacku, usłyszeli szum, jakby wiatr spokojny się zbliżał. Zatrzymali się nagle. Gustaw zbliżał się do miasta. Podnieśli okrzyk radości, widząc swojego obrońcę, tak samo, kiedy Gustaw na nowo ożywił im trawę i rośliny w czasie suszy. Gustaw spojrzał na plac główny. Tam gromadziła się większość mieszkańców. Płomienie paliły kolejne domy i nieuchronnie zbliżały się do zebranych na placu ludzi. Pan miasta stanął przed wszystkimi, starając się ich osłonić przed płomieniami. Mroczny cień, który okazał się ognistym smokiem z północnych gór, wyglądem przypominający stryjka Wawelskiego, uniósł się nad miasto i patrzył na zagładę szczęśliwego miasta. Pan, wraz z innymi skulili się, by uchronić się przed płomieniami. Wtedy jednak niczym strzała wyleciał Gustaw, wyprostował ogon i wypuścił strumień wody zimnej z pyska. Oddzielił ludzi od płonącej części miasta. Pan podniósł się z uśmiechem na ustach.

- To nasz Gustaw! - krzyknął z radością.

Wszyscy niedowiarkowie spojrzeli i po chwili krzyknęli razem z nim z radości. Gustaw jednak nie zważał na to. Miał obowiązek do spełnienia. Wykonał zwrot i po raz kolejny wypuścił strumień wody z pyska. Połowę domów ocalił od spalenia. Zabrał się za kolejny cel. Płonące drzewa i domy na obrzeżach. Widział to ognisty smok. Podleciał nagle do Gustawa, kiedy ten wypuszczał kolejny zimny strumień. Nie pomogły ludzkie ostrzeżenia. Gustaw padł na ziemię. Zły smok odwrócił się i przygotował na wypuszczenie kolejnego strumienia ognia, największego, jaki dotąd stworzył. Gustaw wypuścił nagle strumień wody. Ugasił łeb bestii, zanim ta zdołała zareagować. Gustaw zaatakował ponownie. Zły smok dostał. Ale nie poddał się. Wciąż próbował powalić smoka swoimi wielkimi łapami. Gustaw jednak szybko i sprawnie unikał jego ciosów. Po chwili obaj wzbili się na zachmurzone niebo. Obaj wypuścili strumienie swoich żywiołów. Zły ognia, Dobry wody... I! Cisza zapadła w mieście. Kłęby pary opadły nad miasto. Niektórzy widzieli, jak ta sama para ożywia na nowo kwiaty i zioła. Nagle... po chwili Pan i mieszkańcy spoglądają na niebo... jest! Zwycięstwo! Udało się! Z mgły nad miastem wyłoniła się pozwijana sylwetka. To był Gustaw. Gustaw wygrał! Przepędził złego smoka! Bestia zniknęła w mroku, ale tylko Pan miasta widział, jak odleciał niepocieszony do mrocznych gór północy... . Gustaw nie wylądował od razu na placu. Zgasił jeszcze inne domy, które płonęły. Ludzie z miasta chyba nigdy nie byli bardziej szczęśliwi. Po chwili Pan stanął na rynku, kiedy smok Gustaw wylądował. Uniósł ręce, aby lud uciszyć i po chwili krzyknął.

- Ludzie wszyscy! Gustawie!... Chyba wszyscy się dzisiaj czegoś nauczyliśmy. Nie liczą się czyny, robione na pokaz, wynikające z naszych potrzeb. Liczą się te, których się nie spodziewamy, spontaniczne. Które czynimy z własnej dobrej woli. I to prawda. Prawdą jest to co mówicie! Los mógł nam zesłać innego smoka, ale dał nam Gustawa, smoka wody... A dlaczego? - odwrócił się do smoka. - Bo wiedział, że potrzebny nam będzie ktoś do zwalczania pożaru takiego, którego nic poza smokiem nie pokona.

Gustaw wziął Pana na ręce i ze łzami szczęścia w oczach uściskał Pana miasta. Ludzie ponownie wznieśli okrzyk radości. Kiedy smok postawił Pana na ziemi, ten ukłonił się. Ukłonili się również w ciszy inni mieszkańcy. Zdziwiony smok stał i patrzył.

- Wybacz, że w ciebie zwątpiłem. Pozostań tu z nami. Nasi rycerze będą cię potrzebowali, jeśli więcej smoków ognistych przyjdzie z wrogimi zamiarami.

Gustaw nic nie odpowiedział. Obejrzał się na okolicę, na góry w oddali, na wzgórza, trawę, morze i swoją grotę. Spojrzał wreszcie na miasto i na wschodzące słońce. Na ten widok ucieszył się bardzo i wzbił w niebo falę wody. Radości mieszkańców nie było końca. Następnej nocy urządzili wielką biesiadę, cieszyli się, że smok po raz pierwszy jada z nimi. Od tej pory Gustaw wciąż pomaga rycerzom, damom i każdemu, kto jego pomocy potrzebuje, również przy pożarach. Jest szczęśliwy, że może być z nimi, szczególnie kiedy oni są w potrzebie. Wie, że dopóki on tu jest nic nie zagrozi mieszkańcom spokojnego miasta. A co będzie dalej? Czy zły smok powróci? Czy jeszcze zagrozi Gustawowi i mieszkańcom miasta? Czy podróżnicy odkryją nowe ziemie? Ja niestety nic już więcej nie opowiem. Spróbujcie to sobie wyobrazić...