Strona główna > Dla rodziców > Smok Gustaw - część 1
start pauza brama

Smok Gustaw - część 1

Autor: Wiktor Trzecina
Czyta Wiktor Trzecina

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, w odosobnionym miejscu, było sobie pewne miasto. Zbudowane z kamienia i drewna. Miasto znajdowało się w zielonej dolinie, blisko klifów i brzegu morza, pomiędzy górami na północy, a samotną grotą ze wzgórzem na południu. W mieście mieszkali prości ludzie, nigdy nie przeszkadzali nikomu, nigdy się nie kłócili, byli pokojowo nastawieni do świata i natury. Nie chcieli  władzy ani żadnych bogactw. Łączyły ich radość i miłość. Domy należały do rodzin, dzieci mieszkały z rodzicami i dziadkami. Każde z nich uczyło się od siebie. Nikt nigdy nie pozostawał sam, wystarczyło wyjść na zewnątrz, bowiem każdy miał swoich znajomych w mieście. Życie wiedli proste, cieszyli się z każdego dnia, wykorzystywali każdą wolną chwilę. Dopiero kiedy praca na jeden dzień została zakończona, a wszystkie obowiązki zrealizowane, siadali wszyscy razem, matki i ojcowie z synami i córkami i oglądali zachód słońca. Siadali w ogrodzie, gdzie zawsze rosły warzywa i owoce i odpoczywali do późna, rozmawiając o swoich przeżyciach. Właśnie takiego pięknego dnia, od zachodu do wioski przybył smok.

 Na początku ludzie widzieli tylko cień na morzu. Smok był ogromny i potężny. Wysoki na trzy piętra. Jego łuski były zielone, a oczy przeraźliwie niebieskie. To, co rzucało się w oczy, przede wszystkim, był jego długi ogon, który zwijał się w serpentynę. Bestia wylądowała na ziemi, na granicy wioski i spojrzała na miasto. Ludzie wybiegli ze swoich ogródków i stanęli na głównej ścieżce, gapiąc się ze zdziwieniem w niebo. Smok wygiął ogon, cała bestia wyglądała jak wielka litera “S”. Pan miasta wezwał obrońców z dużymi tarczami, którzy bronili mieszkańców przed smokiem. Bestia stała zdziwiona, po czym powoli opuściła głowę ku ziemi, aby lepiej przyjrzeć się mieszkańcom.

- Kim ty jesteś?!- zawołał Pan.

Ja? - zapytał zdziwiony smok.

Tak ty! Nie ma tu nikogo innego, kto się tak wyróżnia - odburknął niemiło. Kilkoro ludzi zaśmiało się .

Ja jestem smok Gustaw - odparł z delikatnym ukłonem. - Przychodzę z dalekiego kraju mojego ojca Alberta i mamy Krystyny, z Krainy Wodospadów. Na pewno pamiętacie Alberta. On tyle mi o was opowiadał. Jacy jesteście mili dla siebie i przyjezdnych. Jak pokojowo jesteście nastawieni do świata. Jak gościliście tutaj każdego z mojej rodziny od początku istnienia miasta. Mówił mi, że nic złego mnie u was nie spotka... - widząc niepewność pomiędzy mieszkańcami dodał ciszej. - Jeśli wam przeszkadzam, mogę odejść...

- Nie! Poczekaj, wysłuchamy cię - powstrzymał go Pan. - Powtórz jeszcze raz to o swojej rodzinie.

Gustaw uniósł głowę w niebo, tak jakby chciał zliczyć chmury, myślał nad swoją rodziną, próbował przypomnieć sobie imiona wszystkich, którzy od lat mieszkali w grocie na południu,nieopodal miasta.

- No.… pierwszym był... Andrzej smok, który kopał dziury w ziemi, drugim był... Julian, z Krainy Chmur. Trzeci... trzecim był Albert, a czwarty jestem ja. Pomijając jeszcze wszystkie ciotki, babki i moją mamę, która również tutaj mieszkała.

Pan miasta zastanawiał się czy ten smok mówi prawdę. Przecież mógł kłamać i równie dobrze w jednej chwili spalić całe miasto. Poza tym ten smok wyglądał inaczej niż jego poprzednicy. Nie wyglądał jak jego stryj: Smok Wawelski. Miał mniejsze skrzydła i o wiele dłuższy ogon.

- A powiedz mi jeszcze... - zawołał Pan ze śmiechem spod wąsa. - Skąd masz ten... fikuśny ogon?

- Ha! Długoogonkowy! - krzyknął jeden z wieśniaków.

Ludzie z miasta wpadli w śmiech, powstrzymywany od dłuższego czasu. Gustaw spuścił łeb i odwrócił się od miasta. Poszedł na wybrzeże i tam usiadł nieopodal, na samotnym klifie, na północ od miasta. Wszyscy wrócili do swoich obowiązków. Pan jako jedyny spoglądał na niego dłużej niż inni. Nocą ludzie słyszeli głośny szum, jak deszcz pada nad falami wzburzonego morza. Nie był to jednak zwykły deszcz. Były to łzy Gustawa. W środku nocy wyszedł do niego Pan, w szlafroku i ze świeczką. Wszedł na szczyt wzgórza i dalej, by usiąść obok smoka.

- Przyniosłem ci światło, żeby ci nie było smutno... I żebyś nie zmarzł, bo zimno dziś na dworze.

Gustaw chlipnął i dodał cicho.

- Dziękuję.

- Wybacz mi za moich ludzi. Są oni zbyt przyzwyczajeni do... normalnego wyglądu.

- Normalnym wyglądzie?! - zawołał z żałością w głosie i odwrócił się z zamachem do Pana.Zdmuchnął tym świeczkę. - Czy to jest jakaś wada? Wada, którą mogę odpychać od siebie innych? Tylko dlatego, że mam inny ogon? Nie musisz ich tłumaczyć - chlipnął Gustaw, kiedy się uspokoił. - Mają rację. Jestem smokiem o innym wyglądzie. A wszystko przez.... - chlipnął. - Kiedy byłem, chlip, małym smoczkiem, wiatr pognał mnie, chlip, w górę, ponad chmury. Przestraszyłem się i próbowałem uciekać. Wtedy uderzyłem o chmurę, z której wystrzelił grzmot. Dlatego mam taki ogon i małe skrzydła. Dlatego nie jestem taki jak Albert, Andrzej czy stryj Wawelski.

Pan zauważył zgaszony knot świecy. Myślał, że Gustaw za niedługo go podpali na nowo. Smok jednak, widząc to samo ze smutkiem odwrócił się do morza. Pan zauważył, po raz pierwszy, jego niebieskie oczy i tak samo świecące skrzydła.

- Nie umiem zapalić świeczki - odparł Gustaw z żalem, tak jakby odczytał myśli Pana.

- Czyli ty jesteś smokiem wodnym?

- Tak. Tak jestem, chlip, takim smokiem. Co nie ma miejsca... u ludzi, chlip, którym chciał pomóc...

- Ale to wcale nie jest nic złego - rzekł Pan. - To, że się wyróżniasz... - po namyśle dodał. -Wiesz co? To nawet lepiej. Lepiej, że jesteś inny.

- Ale dlaczego? - zapytał Gustaw cicho.

- Bo ludzie muszą poznawać nowe rzeczy, inaczej ich życie nie będzie się zmieniać i znudzą się nim.

Smok pociągnął nosem ostatni raz i zapytał:

- Naprawdę tak myślisz?

- Naprawdę, zaufaj mi - rzekł Pan i kiedy obejrzał się za siebie, dodał. - Chodź, słońce powoli wstaje, pokażesz tym ludziom, że byli w błędzie.

Gustaw powoli wstał i poszedł w ślad za Panem.

- Zbudźcie się! Zbudźcie! Mieszkańcy małego miasta zbudźcie się!

Ludzie byli zdziwieni takim zawołaniem Pana, nigdy zresztą sam ich nie wołał. Oni sami budzili się wraz ze wschodem słońca. Dzisiaj jednak takie zawołanie oznaczało, że stanie się coś wyjątkowego. Kiedy już wszyscy zebrali się przed jego domem, w cieniu smoka, który stanął za domami miasta, Pan wygłosił mowę.

- Mieszkańcy! Jak wiecie od wielu dni męczy nas nienawistna susza - ludzie pokiwali głowami, zasmuceni. - Pamiętacie, jak przysłano nam smoka Alberta! On potrafił huragany rozganiać! A wichry wtedy potężne wiały, kiedy ani jeden dzień nie był spokojny. I tak, on został nam przysłany, bo go potrzebowaliśmy. Teraz mamy suszę. I chcecie czy nie, otrzymaliśmy wodnego smoka. Innego niż wszystkie. Ale to wy wszyscy macie go szanować. I od was zależy, czy pokonamy suszę.

Ludzie zawstydzeni umilkli, kiedy Pan odwrócił się do Gustawa i powiedział mu.

- Spójrz na to pole, na granicy miasta - wskazał na obszar porośnięty trawą, na wschodzie, za miastem, w cieniu wzgórz. - Tam potrzebujemy twojej mocy.

Gustaw westchnął.

- Wiem, że nie byliśmy gotowi, nie zasłużyliśmy na taki dar..., ale przywróć tą dobroć, chociaż im. Daj im powód do bezgranicznego szczęścia.

Smok uniósł łeb i wydał z siebie głośny ryk, który zagłuszył ostatnie słowa Pana. Wzniósł się w niebo, zwijając swój ogon, a kiedy był już nad polem, otworzył pysk i wypuścił strumień wody na zielone trawy i zioła, niczym deszcz. Rośliny natychmiast urosły i wykiełkowały. Wzbił się w niebo jeszcze wyżej i spostrzegł, że wokół miasta leży wykopany półokrągły dół. W dawnych czasach płynęła tamtędy fosa, oddzielająca miasto od lądu. Gustaw poleciał na dół i wypuścił delikatny strumień zimnej wody, która wypełniła cały kanał. Woda przepłynęła wokół miasta z radosnym szumem i kiedy minęła ostatnie domy, opadła ze stromej krawędzi klifu ku morzu. Wodospad, który od lat pozostawał suchy, dzisiaj znowu szumiał mieszkańcom miasta. Ludzie zaczęli śpiewać i krzyczeć z radości. Pan spojrzał na sylwetkę smoka na niebie, z dumą. Gustaw był szczęśliwy. Wylądował na ziemi, przy polu i znowu podniósł ryk. Wszyscy co z niego dotychczas drwili, zamienili krzywdzące słowa na okrzyki pochwały i radości. Pan wyszedł na czele szczęśliwego tłumu z szerokim uśmiechem na twarzy. Biegł truchtem, a kiedy już dobiegł, stanął, odwrócił się do ludu i podniósł obie ręce. Mieszkańcy się uciszyli.

- Mieszkańcy! Oto jest nasz obrońca! - krzyknął z radością.

Wiwat ponownie zajął całą okolicę. Gustaw nie przypuszczał, że ludzie tak łatwo go pokochają. On cieszył się w duchu, przede wszystkim z tego, że mógł pomóc. Był zadowolony, że ludzie przyjęli go takim, jaki jest.

- A teraz, Gustawie - zaczął Pan - pokażę ci twój dom…...