Strona główna > Dla rodziców > Kolor bez znaczenia
start pauza brama

Kolor bez znaczenia

Autor: Dorota Niechoj
Czyta Katarzyna Klimosz

Był ciepły sobotni ranek, początek wiosny. Drzewa i krzewy, przybrały już jasno zielony kolor. Pojawiły się na nich różnokolorowe kwiaty, dlatego miałem wrażenie, jakby ktoś farbkami pomalował świat wokół mnie.
   Mama zabrała mnie i moją siostrę na bajeczny plac zabaw niedaleko naszego, małego domku. Lubiłem tu być, bo było tu zazwyczaj spokojnie, rosły tu piękne drzewa, nie było aut przez co było bezpiecznie, a do tego miałem tu zabawki jakich w domu nie mogłem mieć.
   Najbardziej uwielbiam bawić się w piaskownicy i budować ogromne zamki z piasku. Kiedyś pomagała mi Ania, moja siostra, ale ona chciała, żeby wszystko było inaczej niż ja, więc od tamtej pory już nikomu nie pozwalam na budowę moich zamków. Zawsze moja budowla składała się co najmniej z czterech wież, trzech obronnych i jednej dla mnie i mojej przyszłej żony. Tylko jeszcze nie wymyśliłem, jak w niej we dwoje zamieszkamy.
   Dzisiaj jednak na razie nie miałem ochoty na brudzenie się piaskiem, dlatego korzystałem z innych atrakcji placu zabaw. Huśtałem właśnie ostrożnie siostrę na czerwonej huśtawce, kiedy jakiś pan zaczął krzyczeć nieładne słowa. Nie przysłuchiwałem się, bo nie wolno podsłuchiwać, ale nie podobało mi się to, jak głośno do kogoś mówił. Moi rodzice też czasami za głośno mówią, czyli inaczej mówiąc kłócą się, czego nie lubię, bo potem wszyscy są smutni albo źli.
   Rozejrzałem się wokoło, żeby znaleźć tego niemiłego pana. Stał nad jakąś ciemną panią z dzieckiem, która była tak bardzo smutna, że aż jej łzy ciekły po policzkach, a jej synek płakał głośno. Chciałem udowodnić temu panu, że to mili ludzie i nie powinien podnosić na nich głosu.
   Spojrzałem na mamę, chcąc by zareagowała, ale ona widocznie tego nie słyszała. Spoglądała na nas, uśmiechając się i słuchała swojej koleżanki, mamy Antka.
   Zły mężczyzna wziął na ręce swojego syna, mając minę dokładnie taką, jaką ja mam, kiedy mama zmusza mnie do zjedzenia brokuła. Tylko czy ktoś zmuszał go, żeby je  zjadł?
   Przestałem huśtać Ankę i przebiegłem cały plac zabaw, a za mną podążyła moja siostra. Podeszłem do nich, chcąc ich pocieszyć, bo nie lubię smutku, a do tego miejsca na pewno nie pasował.
   Kobieta miała ubraną, białą bluzkę, spódniczkę w kolorowe kwiatki i różową opaskę na włosach, a ramieniem obejmowała podobnego do niej chłopczyka, który cały ubrany był na szaro. Szare miał spodenki, bluzę i czapkę, jedynie buty miał czarne.
- Dzień dobry. Czemu ten pan na panią i na pani syna krzyczał? - zapytałem, zmartwiony.
Kobieta podniosła na mnie wzrok i wytarła ręką lecące łzy .
- Dzień dobry. Ponieważ trochę się różnimy od niego albo od was.
Przyjrzała się nam, a później rozejrzała się po parku, pełnym drzew, dzieci i rodziców.
- Przecież to nic złego, że pani i pani syn za bardzo się opaliliście. Też kiedyś się spaliłem przez słońce.
Pani zaczęła się śmiać, dlatego się jej przypatrzyłem, bo nie wiedziałem, czemu nagle się śmieje. Chłopczykowi też pojawił się uśmiech na twarzy.
- Ale ty byłeś czerwony - powiedziała moja siostra, Ania, szturchając mnie łokciem.
- Noo tak, jednak to nic nie zmienia. I tak nie powinien był krzyczeć.
Pokiwałem głową, potwierdzając swoje słowa.
- Niestety to nie pierwszy raz - powiedział cicho chłopiec i ponownie przytulił się do mamy.
- Przykro mi, naprawdę, ja bym nigdy nic złego wam nie powiedział, bo jesteście bardzo mili, a ja lubię miłych ludzi. To skoro pani nie spaliła się na słońcu, to skąd ten kolor ciemnej czekolady? Czy to możliwe, że jak jej dużo zjem to będę miał taki sam kolor? Bo wie pani ja jej nie lubię, bo nie jest słodka.
Znowu uciekła od nas wzrokiem, więc również się rozejrzałem, ale wokół widziałem tylko duże, zielone krzewy, kwiaty, konary drzew, a w oddali dało się usłyszeć radośnie śpiewające ptaszki.
- Nie, to niemożliwe. A ja mam taki kolor skóry, ponieważ urodziłam się w Afryce.
- A ja w tym szpitalu, który jest niedaleko, a gdzie ten pani szpital?
- Afryka to nie żaden szpital, tylko kontynent - kobieta ponownie się zaśmiała.
Przytaknąłem głową, nie rozumiejąc, co mówi. Tata mówi, że ciągle jestem głodny wiedzy, dlatego zadaje dużo pytań. A ja po prostu nie lubię nie rozumieć, co mówią dorośli, jednak czasem mam wrażenie, że mówią nie po mojemu.
- Co to znaczy kontynent?
Pani zamyśliła się, poprawiając sobie włosy.
- Kontynent to taka duża powierzchnia, na której znajdują się państwa, takie jak Polska.
- Polska to państwo?
- Tak.
- Aaaa. Gdzie leży ten kontynent?
- Mogę pokazać, ale czy wiecie, gdzie leży wasz kraj?
Kręcę głową razem z siostrą.
- Tutaj - odpowiadam po chwili, pokazując na zieloną trawkę, pod moimi nóżkami.
- Tutaj też, oczywiście, ale nie to mam na myśli. Ten kraj leży w Europie, który jest kolejnym kontynentem - pani pokazała jakiś obrazek, wskazując jakiś punkt. - A kontynent, na którym ja się urodziłam leży tu - znowu wskazała na telefon. - Poniżej waszego.
- Jak tam jest? - byłem ciekawy, bo nie przypominam sobie, żebym tam kiedyś był.
- Całkiem inaczej niż tutaj. W części tego lądu jest pustynia - zmrużyłem oczy, nie wiedząc co to znaczy. - Nie zrozumiesz? - Przytaknąłem.- To taka wielka piaskownica z bardzo dużą ilością piasku. Ta w Afryce jest największa.

- Supeeeer, a zamki da się zbudować? - już wyobraziłem sobie, siebie jak siedzę na tej pustyni i układam wieżę. Skoro jest tam dużo tego piasku to może uda się zrobić większy niż w piaskownicy?
- Obawiam się, że nie. To suchy piasek, nie pada tam deszcz, a żeby piasek się kleił musi być mokry.
- Aaa to lipa - skomentowałem, a chłopczyk zachichotał. - A próbowała pani? - musiała choć raz spróbować.
- Nie, ponieważ urodziłam się na terenach, gdzie występują lasy i dużo jest zwierząt.
- To pani urodziła się w lesie? To czemu pani nie ma liści w głowie?
Teraz już nikt nie umiał się powstrzymać i cała trójka obok mnie, wybuchnęła śmiechem.
- Jesteś bardzo mądry, ale nie, w lesie też nie mieszkałam.
    Teraz ja też się zaśmiałem. Cieszyłem się, że poprawiłem im humor. Z uśmiechem każdemu do twarzy. Jednak cały czas bałem się, że ten pan wróci, dlatego co chwilę zerkałem na boki, czy jest bezpiecznie.
- Nie przedstawiłem się. Mam na imię Tomek, to Ania - wskazałem na dziewczynkę obok, a następnie podałem rękę najpierw pani, a potem chłopcu, oboje ją uścisnęli. - A ty jak się nazywasz?
   Spojrzałem na czekoladowe dziecko, a ono na mnie. Uśmiechnąłem się szeroko, by wiedział, że ja również jestem miły.
- Jestem John - przedstawił się chłopiec. - A to moja mama Sofia.
- Ładne macie imiona - zaznaczyła siostra.
- Wy również - odpowiedziała pani. - Często tu przychodzicie?
- Jak nie jest zimno to tak - odparłem.
- Podobało się pani tam, w Afryce?
- Jest tam bardzo pięknie. Tylko strasznie gorąco. Tutaj w porównaniu z tamtą pogodą to jak zima.
- Ale tu nie ma śniegu.
   Śnieg jest fajny. Można z niego lepić bałwany i kulki śnieżne, a potem się nimi rzucać.
- Racja, tylko jest dość chłodno.
   Wzruszyłem ramionami, bo nie znałem się na pogodzie.
- Przepraszam, jeżeli znowu zepsuje pani humor, ale czy mogłaby pani wytłumaczyć, dlaczego ten pan był niemiły?
Na prawdę chciałem widzieć uśmiech na ich twarzach, lecz musiałem spytać ich oto. Mój głód wiedzy się odezwał.
- Bo nie lubi odmienności, czyli po prostu, jak ktoś jest inny, czymś się różni. To się nazywa dyskryminacja.
- Na czym to polega? - zapytała Ania.
Ona również ich polubiła. Zauważyłem to, a do tego cały czas uśmiechała się do Johna.
- To tak, jakbyś miała dużo bluzek różnego koloru, ale nie nosiła niebieskiej, bo wydaje ci się gorsza od reszty. Podobnie myślą ludzie tacy, jak ten mężczyzna, że odmienność to coś złego.
- A to coś złego?
- Absolutnie, że nie. Każdy z nas się czymś różni. Kolorem włosów, oczu, wzrostem, charakterem i myśleniem. Nie możemy nienawidzić kogoś za to, że ma inny kolor skóry. Oczywiście nie każdego da się lubić, ale powinno się go chociaż szanować i nie obrażać. My sobie nie wybieramy tego jakimi jesteśmy, więc czemu mamy innych za to samo karać?

- Co znaczy chara... coś tam?
- Charakter to po prostu to jaki jesteś i twoje zachowanie.
Teraz już sądziłem, że rozumiem.
- Gdzie się pani tego wszystkiego nauczyła? Jest pani taka mądra.
- Nie wiem, chyba w szkole i poza nią.
- Mama jest niezwykle inteligentna. Powinna za to medal dostać.
- Ooo dobry pomysł! Tylko czy są takie medale?
- Tego nie wiem.
- Dzieci! Nie przeszkadzajcie pani - powiedziała mama za moimi plecami, więc odwróciłem się w jej stronę. Już wcześniej widziałem, że zauważyła zmianę naszego miejsca, lecz jak dotąd nie przerywała nam rozmowy na te poważne tematy.
    Omijała z lekkością każdą drewnianą budowlo-zabawkę i każde dziecko biegające z krzykiem. Ja natomiast, zamiast skupić się na niej, spojrzałem na fioletową zjeżdżalnie, zajętą teraz przez grupę najmłodszych dzieciaczków. Cały plac był z drewna, pomalowanego na różne kolory, oprócz właśnie zjeżdżalni i tego na czym przymały się huśtawki.
- Nie przeszkadzają nam, wręcz przeciwnie, bardzo umilają nam czas.
- Dzień dobry, jestem Dominika, mama Tomka i Ani.
- Dzień dobry. Miło mi panią poznać. Jestem Sofii, a to mój syn John. Pani dzieci są przeurocze i bardzo dobrze wychowane.
Mama uśmiechnęła się szeroko. Zawsze tak robiła, gdy ktoś jej mówił miłe rzeczy.
- Mamo, wiedziałaś, że Afryka to kontynent?
- Tak, skarbie. Uczyli mnie tego w szkole.
- A to dlatego tego nie wiedziałem! Bo wie pani, ja jeszcze do przedszkola chodzę, ale jeszcze rok i będę mógł się uczyć.
- To świetnie. Oby szybko minął.
- John, a ty chodzisz do przedszkola? - zapytałem zainteresowany.

Nagle zapragnąłem mieć coś wspólnego z tym chłopcem. Może wtedy nie czułby się inny.
- Tak. Jestem w Żabkach, a ty?
Jednak on chodził gdzieś indziej.
- W Biedronkach.
U mnie w przedszkolu też były biedronki, ale czy to te same?
- Super. Aniu czy ty chodzisz do przedszkola? - odwrócił się John w stronę mojej siostry.
- Tak. Jestem w Motylkach - lubiła swoją grupę, więc cały czas tylko rysowała motylki.
Ania była młodsza ode mnie o ponad rok i cieszyłem się z tego, bo mogłem ją bronić, jak prawdziwy brat.
- Też fajnie - odpowiedział, a ona ponownie się uśmiechnęła.
- No, a chciałbyś budować ze mną zamki?
- Pewnie - odpowiedział chłopiec, który ochoczo wstał z ławki, a na jego miejsce usiadła moja mama, zaczynając rozmawiać z panią Sofii z Afryki. Cieszyłem się, że dobrze im się razem rozmawia.
- A mi nie pozwalasz! - oburzyła się moja siostra.
- Bo ty wszystko chcesz zmieniać. Nie przepadam za tym.
- To możemy zrobić zawody - zaproponował John.
- Tak! Zawody są fajne.
   Zawsze uwielbiałem brać w nich udział. U nas w domu, dużo się robi konkursów. Na przykład kto pierwszy dobiegnie do domu. Kto szybciej narysuje kota albo posprząta zabawki.
- Dawno chciałem mieć kolegę. Niestety w przedszkolu nikt mnie nie lubi.
- Czemu?
- Nie wiem - każdy miał kolegę, tylko nie ja, czego nie rozumiałem.
- Nie przejmuj się - powiedział ciemnoskóry, zarzucając mi rękę za głowę. Spojrzałem na niego, a on uśmiechnął się. - Po prostu nikt jeszcze nie zrozumiał, jaki fajny z ciebie chłopak.
- No mam nadzieję. Też cię lubię i nie mogę zrozumieć zachowania tego pana. Czy jest coś, co mogę dla ciebie zrobić?
- Wystarczy mi, żebyś nigdy nie robił tego, co on.
- Nie będę, obiecuję.
- Będziemy kumplami? - zapytaliśmy równocześnie, co wywołało nasz śmiech.
- Już nimi jesteśmy - odpowiedziałem i również go objąłem. - A co znaczy kumpel? - zapytałem.
- Też nie mam pojęcia, ale podoba mi się.
- Ja słyszałam, że to przyjaciel - wyjaśniła Ania.
- Aaaa.
- Wiesz co? - spytałem, a on pokręcił głową. - Cieszę się, że jesteś inny, bo gdyby nie to, to chyba bym nie miał kolegi.
- Ej, panowie - zawołała moja mama, więc się odwróciliśmy w ich kierunku, obie szeroko się uśmiechały, patrząc na nas. - Wiecie, że chodzicie do tego samego przedszkola?
Spojrzeliśmy na siebie. Jak to możliwe?
- Czemu cię nigdy nie widziałem?
- Zlewam się z tą brązową ścianą, gdzie jest mój wieszak.
    Zaśmiałem się. Faktycznie, jest jedna ciemna ściana w szatni.
Doszliśmy do piaskownicy i podzieliliśmy się łopatkami i wiaderkami. Ja już miałem pomysł, jak wygrać, zawody.
- Ja będę tym mądrym, a ty tym śmiesznym, dobra? - zapytałem po chwili budowania.
- Okej - zgodził się John.
   Dzisiaj nauczyłem się, że nie liczy się to, gdzie się urodziłeś, jaki masz kolor skóry czy to jak wyglądasz, tylko to jakim jesteś człowiekiem. Rodzice kiedyś mówili mi, że nie ocenia się książki po okładce, a teraz wiem, że z ludźmi jest tak samo, bo nie powinno się osądzać ich za to jak wyglądają.